koniec świata a euro.
Koniec świata z tymi mistrzostwami
Stało się. Rok 2012. Poważne gazety i tygodniki prześcigają się na wizję końca świata. Jednym tchem wymieniają kalendarz Majów i kryzys finansowy. W nauce kapitalizm jest już tylko „późnym kapitalizmem”, a do tego postmodernizm. I argumenty, że świat mniej więcej co dwadzieścia lat wymyśla się na nowo. 1945, 1968, 1989, 2012…
Rok apokalipsy i rok… igrzysk. Co tam koniec świata, skoro w Polsce, i to nie żart, w czerwcu rozpoczną się mistrzostwa Europy w piłce nożnej (złośliwi i ten fakt nazywają apokaliptycznym). Pierwsze do tego karnawału, jak zwykle, przygotowują się sieci handlowe. Trudno dzisiaj zrobić zakupy, żeby nie przynieść do domu czegoś oznaczonego logo imprezy. Dziennikarze robią materiały o nogach polskich piłkarzy, które są największym dobrem narodowym, a przed meczem Polski z Niemcami telewizja publiczna emituje „Krzyżaków”. Jeszcze tylko parę miesięcy i prawdziwi patrioci kupią duńskie piwo (patron imprezy) i zasiądą przed azjatyckimi telewizorami, bo z biletami na polskie stadiony jest jak ze św. Mikołajem. Niby istnieje, niby ktoś go widział, ale nikt w niego nie wierzy.
Piłkarska logika zastąpiła Małyszomanię, tylko ta pierwsza była mniej ekspansywna. Gdy skoki narciarskie stały się polskim sportem narodowym, to wystarczyło wyremontować kilka starych skoczni i zbudować jedną nową. Pewnie chodzi o to, że polscy politycy na nartach skaczą trochę rzadziej, niż grają w piłkę. Roman Kosecki jeszcze nie był parlamentarzystą, a już grał. A może grał, bo wiedział, że będzie kiwał w parlamencie?
Przede wszystkim kopie premier Donald Tusk i to kopie regularnie, mimo że ze stadionów chętnie wykopaliby go kibice. Tak zwani znawcy sportu już przygotowują bon moty, które będą zwieńczać narodowy huraoptymizm przed meczem z Grecją (następny będzie już o wszystko). Oczyma wyobraźni: „Donald Tusk, czyli ten, który zastał stadiony drewniane, a zostawił murowane”, czy jakoś tak. W każdym razie piłkarska prosperity nakręciła nawet poetykę kampanii wyborczej PO. Chodziło o to, żeby nie robić polityki, tylko budować stadiony. Nie od dzisiaj wiadomo, że są rzeczy ważne i ważniejsze.
No chyba że polityka to sztuka poszukiwania kompromisu z tymi, którzy na stadionach tworzą rekonstrukcje historyczne (wcielają się w pierwotne plemiona i głośno krzyczą). To ci od obalania. Sprawdziłem. Na półkach osiedlowych dyskontów nie ma już dawno, ale w Internecie można zamówić wino „Komuna” z Lechem Wałęsą na etykiecie. Producent zachęca do konsumpcji sloganem: „i ty możesz obalić komunę”, i to – trzeba przyznać – w atrakcyjnej cenie. Wina „Tusk” w asortymencie brak, więc kibole muszą jeszcze poczekać.
Póki co w wielu miastach swoje wojownicze, kibolskie tyłki mogą posadzić wygodniej niż wcześniej. Do wysypu nowych stadionów, które stały się synonimem modernizacji (a może w modernizacji chodzi o budowę stadionów?), dołączyły budowane w całej Polsce orliki. I tu już bez ironii – to prawdziwe błogosławieństwo. Bo są nowoczesne i w ogóle nie kojarzą się z polskimi, zapokrzywionymi i nierównymi boiskami jeszcze sprzed paru lat. Bo rząd kupił te boiska nie tylko Warszawie, ale nawet takim Pcimiom, jakim jest Bieruń czy Lędziny (mieszkańcy Pcimia wybaczą porównanie). Bo są i muszą pozostać darmowe, a ile ja się urzędnikom natłumaczyłem, że obiekty sportowe powinny być dostępne dla podatników, z których pieniędzy zostały sfinansowane.
Ale za tym dobrodziejstwem musi pójść społeczeństwo obywatelskie, które te obiekty zagospodaruje. To już niestety nie te czasy, gdy każdy osiedlowy trawnik służył za boisko piłkarskie, a drzewo za bazę. Spora część potyczek sportowych przeniosła się do sieci, a młodzież chętniej rozwija swoje postaci w światach wirtualnych, niż swoje umiejętności piłkarskie w świecie realnym. Ten trend będzie postępował, a naszym zadaniem jest jego odwrócenie. Inaczej orliki po lekcjach będą stały puste, a dzieci będą jeszcze grubsze i bardziej krzywe.
I nasza i tak naturalizowana reprezentacja drugi mecz w grupie będzie grać o wszystko. Potrzebujemy rozwiązań, jakie wprowadzili Szwedzi albo Niemcy. Społeczników, którzy będą organizować rozgrywki najmłodszym. W Skandynawii taką rolę pełnią wcielający się w role trenerów rodzice. Obejmują klasowe drużyny, które mają mocno rozbudowaną ligę. W Niemczech na mecze najmłodszych przychodzą skauci, którzy zawczasu wyławiają małe perełki.
Wszyscy wiemy, jak to wygląda w Polsce (o pijanych trenerach lokalnych klubów nie mówię). Przed paroma miesiącami w Warszawie powstała szkółka piłkarska słynnej Barcelony. To jedyna taka akademia w Europie, pozostałe klub ma w krajach Trzeciego Świata. Decyzja zapadła, gdy trzecia drużyna jedenastolatków z Katalonii dowaliła jedenastolatkom z Legii Warszawa siedem do zera. Jeśli w Warszawie uda się wyhodować polskiego Messiego, to od początku będzie własnością Hiszpanów. Gdzie jesteśmy my przed mistrzostwami, a gdzie Szwedzi, Niemcy czy Hiszpanie, tłumaczyć nie trzeba.
Jeśli nie wykorzystamy mody na piłkę nożną w Polsce, to nigdy nie nadrobimy strat. Nie nawiążemy do bogatej tradycji polskiego futbolu, za którą jest odpowiedzialny jeden z bierunian. Henryka Latochę byłem zapytać o ośmiogodzinny mecz piłkarski, który odbył się przy okazji tegorocznej WOŚP (najdłuższy mecz w historii powiatu!). Ten, o którym kiedyś Skaldowie śpiewali „żeby wiedział Latocha, za co się go kocha”, obrońca reprezentacji Polski i rewelacyjnego wtedy Górnika Zabrze, jest dzisiaj „władcą pilota”. Przynajmniej tak ma napisane na kapciach.
Poprzednim razem wspominaliśmy finał Pucharu Zdobywców Pucharów, w którym Górnik wystąpił przeciwko Manchesterowi City. Do dzisiaj to największy sukces polskiej piłki klubowej. Po finale Latocha wymienił się koszulkami z legendarnym Georgem Bestem. Wtedy podniecony zapytałem o tę koszulkę, chciałem ją zobaczyć, dotknąć. „Ja ją szwagrowi dał, to do roboty wziął” – odpowiedział bez zażenowania mistrz. Teraz zapytałem, gdzie będzie oglądać EURO 2012? „Co prawda dostałem zaproszenie na lożę, ale wolę przed telewizorem. Wygodniej i powtórki lecą”. No koniec świata.
Dominik Łaciak
Jest szansa na społeczną opiekę obiektów, jaką zasugerowałem w tekście. To za sprawą rządowego programu Animator Moje Boisko Orlik 2012, do którego trwa nabór. Organizatorzy czekają na wnioski gmin, które mają możliwość zaproponować osoby do opieki nad obiektami. Mają dopilnować, żeby obiekty nie stały puste, organizować rozgrywki i współpracować z lokalnymi klubami piłkarskimi. Talenty mają się więcej nie marnować. Pytanie, czy Lędziny albo Bieruń wejdą w tę akcję, ponieważ projekt nie uwzględnia innego sektora niż publiczny. Więcej informacji na: http://www.szs.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=398:projekt-pilotaowy-qanimator-programu-moje-boisko-orlik-2012q-w-2012-roku-&catid=50:programy&Itemid=114
O rewolucjach z Jackiem Żakowskim.
Jaki jest ten polski Oburzony?
- Gdy ludzie młodzi się buntują, to wybierają z tego, czego się nauczyli. Od mediów dowiadują się, że egoizm jest dobry, a historia batalistyczno-narodowa. Skąd mają wiedzieć o solidarności społecznej? – pyta Jacek Żakowski*, publicysta Polityki i Gazety Wyborczej.
Rozmawiał Dominik Łaciak
Piotr Ikonowicz napisał, że 11 listopada to był marsz polskich Oburzonych, tylko ubranych w szatę narodową. To możliwe?
To oczywiście możliwe. Dobrym określeniem jest, że ubrani, bo przecież nie przebrani. Problem polega na tym, że część osób, które mają słuszne powody, żeby się oburzać, ma fałszywą wizję wroga. A co za tym idzie - fałszywą diagnozę rozwiązania swoich problemów.
Warto zwrócić uwagę, że w trakcie zaborów ruch narodowy był sensowny, a gdy odzyskaliśmy niepodległość, stał się ruchem antypaństwowym, bo siła II RP brała się z jej multikulturowego charakteru. Gdyby to było państwo tylko Polaków, to byłoby tylko jednym z małych państewek w środkowej Europie. Naszą siłą byli Ukraińcy, Żydzi, Niemcy, Litwini i kraj byłby sporo silniejszy, gdyby polska polityka w tym zakresie była mądrzejsza.
Dzisiaj symbolicznego Żyda zastąpił symboliczny homoseksualista.
Oni są mianowani mniejszością stanowiącą jakieś zagrożenie, bo umówmy się, homoseksualiści żadnego zagrożenia dla państwa nie tworzą.
To jest chyba wojna ideologiczna o polski obyczaj?
Chodzi o święty ład katolicki, dla którego bez porównania większym zagrożeniem jest np. niewierność małżeńska. Dlaczego skini nie kamieniują niewiernych żon? A przecież zdrady są powszechne, to jest zjawisko, które istniało zawsze i będzie istnieć zawsze. Problem jest wtedy, gdy ktoś sądzi, że państwo powinno się zajmować moralnością katolicką.
Wracając do źle skonstruowanego wroga. Kim on współcześnie jest?
Spójrzmy na to przez pryzmat polskiej transformacji. Projekt społeczny III Rzeczpospolitej był projektem wykluczającym. Zaczęło się od bezrefleksyjnego wyrzucenia poza nawias chłopów i pracowników PGR-u. Potem projekt ten pozbawił całe starsze pokolenie oszczędności.
Moja mama, rocznik ’32, miała mundurek, spakowane kredki, ale do szkoły nie poszła, bo wybuchła wojna. Potem okupacja. Powstanie warszawskie, obóz pracy. Po wojnie jej dom był zrujnowany. Nie jej miasto.
Później stalinizm, który zabrał rodzinie wszystko, czego się dorobiła. Mama nie mogła się dostać na studia, bo miała pochodzenie burżuazyjne, udało jej się dopiero za trzecim albo czwartym razem. W rezultacie miała już wtedy dziecko. Potem lata nędzy PRL-owskiej. Oddechem był Gierek, ale później bach, stan wojenny. Była nauczycielem akademickim, zarabiała bardzo niewiele. Przeszła na emeryturę i znowu bach, Balcerowicz. Emerytura kompletnie nic nie warta, a wszystkie oszczędności zżerała inflacja.
Być może plan Balcerowicza był historyczną koniecznością, ale później, gdy zaczęło nam się powodzić trochę lepiej, to nikt nie pomyślał, że trzeba jakoś dowartościować przegranych. To wszystko jest zbudowane na przekonaniu, że egoizm społeczny jest dobry. I ofiarą tego egoizmu jest pokolenie wchodzące dzisiaj na rynek pracy. Mamy w nosie, jak sobie poradzicie. Ulgi na przejazdy studentów? Zabierzemy wam, a potem przed wyborami przywrócimy. Studiujecie? Płaćcie czesne. Bezrobotny? Twój problem. Poziom zasiłku mamy proporcjonalnie najniższy w Europie. Żadnej solidarności międzygrupowej. To jest ten wróg, który nam dzisiaj zagraża. Sami sobie zagrażamy.
No więc dlaczego protest przybrał charakter narodowy?
Przez system edukacyjny. Religia jest jedynym przedmiotem faktycznie, konsekwentnie uczącym wizji społecznej. Nie ma filozofii, myśli społecznej. Jedyna krzewiona wizja państwa, to wizja mocno zhierarchizowana, autorytarna, czyli katolicka. Oczywiście to nie jest wina katolicyzmu, bo trudno oczekiwać od papieża, że jutro powie, że świat ma wyglądać inaczej. Ale państwo to nie katolicyzm!
No więc gdy młodzi się buntują, to wybierają z tego, czego się nauczyli. Od mediów dowiadują się, że egoizm jest dobry, a historia batalistyczno-narodowa. A gdzie mają się dowiedzieć o solidarności społecznej? To nie jest wymysł Sławka Sierakowskiego ani Jacka Kuronia. Dzięki temu wszystkim byłoby nam lepiej, a gospodarka by się rozwijała.
Jak wygląda polska szkoła, to wiemy. Ale dlaczego telewizja krzewi religię neoliberalizmu?
Telewizja publiczna była jedyną poważną instytucją państwa w sferze symbolicznej, która została przeniesiona do nowej rzeczywistości bez zmian. Proszę sobie wyobrazić, że telewizja ma oficerów frontu ideologicznego PRL. Przychodzi nowy system i ich świat wywraca się do góry nogami. Jedyne, co mogą zrobić, to dostosować się do nowej rzeczywistości, więc od razu zapisują się do Leszka Balcerowicza, który cieszy się autorytetem.
Dobrze, ale jeśli przyjąć, że telewizja produkuje postawy polityczne, to przecież widzowie telewizji publicznej chętniej głosują na opcje ludowo-konserwatywne, które jednak oferują jakiś projekt wspólnotowy, jak socjalne przecież PiS. Pytanie brzmi: dlaczego media prywatne mają taką właśnie linię ideologiczną?
Pamiętajmy, że klasa polityczna, która przeprowadzała reformy, była w zdecydowanej większości ciemna jak tabaka w rogu. To byli szlachetni ludzie. Humaniści i nonkonformiści, ale o funkcjonowaniu państwa demokratycznego mieli pojęcie zerowe, o gospodarce bardzo mgliste. Tadeusz Mazowiecki, nawet jeśli pozostawał pod wpływem modelu niemieckiego, to nie wiedział, jak go zrobić w Polsce. Filozofia Balcerowicza była łatwą do zrozumienia przeciwwagą. Wcześniej dobre było wszystko to, co państwowe, a teraz co prywatne. To w tak przygotowanej rzeczywistości wyrośli młodzi dziennikarze, którzy zasilili prywatne media.
Oczywiście problemem było też to, że w PRL nie było demokratycznej, rynkowej lewicy.
Czyli problem leży też w Polsce ludowej?
PRL, co by nie mówić, był bardzo wykluczającym systemem. Nie w sensie nierówności, ale murów. Gdy miałem 30 lat, to nigdy w życiu nie widziałem człowieka z PGR-u. Nie widziało też pokolenie młodych dziennikarzy, dla których taki pracownik był obcym. Indianinem. Pamiętam, jak moi koledzy mówili: jeśli nie mają pracy, to niech założą jakieś przedsiębiorstwo.
Juliusz Machulski zauważył ten problem w komedii Pieniądze to nie wszystko.
On obśmiał tę naiwną wiarę, że nagle ci ludzie założą firmy. To dowód zupełnego braku wyobraźni. Gdy moich kolegów teraz wyrzucają z pracy, pytają: co ja teraz będę robić? Mówię im wtedy, chociaż ich żałuję, żeby sobie przypomnieli, co mówili 15 lat temu.
Na końcu tej długiej drogi, fatalnej socjalizacji, niewrażliwych dziennikarzy i neoliberalnego kultu egoizmu społecznego, stoi polski Oburzony z flagą.
Stoi i pytaniem jest, dlaczego tej flagi nie było po stronie Kolorowej Niepodległej. Uznaliśmy sprawę tożsamości narodowej za załatwioną w 1989 roku. A ponieważ potrzebą dużej części społeczeństwa jest poczucie bezpieczeństwa pod wspólnym sztandarem, ktoś tę flagę przywłaszczył.
Ale może w dobie zglobalizowanego kapitału i ponowoczesnych społeczeństw flaga jest kategorią bardziej wykluczającą niż wkluczającą?
Wciąż potrzebujemy tożsamości. Flaga Polski to flaga państwowa, a nie narodowa. Marzę, aby zobaczyć homoseksualistów, transseksualistów, kolorowych i inne grupy wykluczonych z biało-czerwoną flagą, pod którą czują się bezpiecznie. A ponieważ dzisiaj flagi noszą nacjonaliści i kibole, to temat odpuściliśmy. Niestety, odpuściliśmy też problemy klasowe i one także zostały włączone w nurt nacjonalistyczny.
Przecież oni krzyczą „precz z komuną”, ich punktem odniesienia jest polityczno-biznesowy „układ”, zły inteligencki salon, ale nie klasy wyższe jako takie. Nie finansjera.
Ale również Żydzi. Tak, jak na świecie Oburzeni mówią: zróbcie porządek z bankami, tak w Polsce: zróbcie porządek z Żydami. Oczywiście to zarzuty bezpodstawne, ale podłoże mają ekonomiczne. Stało się tak, ponieważ nie mieliśmy odwagi mówić o problemie klasowym i ten w konsekwencji został przezwany problemem narodowym. To się nazywa podstawienie w miejsce prawdziwego wroga.
To jest problem, który został naświetlony przy okazji analiz sukcesu Janusza Palikota. Lewica nie jest w stanie zagospodarować oburzających się w Polsce, bo nawet jeśli ludzie starsi mają socjalne poglądy na gospodarkę, to są jednocześnie konserwatywni. Z kolei liberalni obyczajowo młodzi nie są socjalni. Czyli nie znajduje akceptacji projekt, który próbowałby pogodzić interesy klasowe, robotnicze, z interesami nowych aktorów emancypacji, jak mniejszości seksualne.
A jednak przed wojną ruchy robotniczy i feministyczny szły razem. Sprawy kulturowe są bardzo ważne, ale trzeba zaadaptować wykluczonych ekonomicznie i tak, jak przedwojenna lewica, nie dać się wypchnąć z nurtu patriotycznego. Musimy wrócić pod biało-czerwoną. Wszyscy, homoseksualiści i imigranci.
Gorzej, jeżeli dla prawicowych publicystów i sporej części opinii publicznej Polaka wyznaczają standardy nacjonalistycznych ONR i Młodzieży Wszechpolskiej.
Ja i tak sądzę, że w tym sensie 11 listopada był gigantycznym sukcesem. W ostatnim czasie prawica konserwatywna coraz mocniej zrastała się z ekstremistami, a to jest nie do przyjęcia dla co najmniej 90% Polaków. Prawica parlamentarna będzie musiała się rozszyć, inaczej mocno na tym straci. 11 listopada król ściągnął szaty i wszyscy zobaczyli, że jest nagi. PiS będzie musiał budować mur między sobą i faszystami.
Dziękuję za rozmowę.
*Jacek Żakowski – publicysta (Polityka, Gazeta Wyborcza), autor książek, laureat licznych nagród, w tym w 1997 wybrany Dziennikarzem Roku. Wykłada na Collegium Civitas w Warszawie.
O rewolucjach z Edwinem Bendykiem.
Rewolucje w sieci
- Facebook jest emanacją kapitalizmu i rządu korporacji, ale z drugiej strony narzędziem emancypacji. Wobec tego walka nie ma sensu. Nawet nie jest możliwa, bo wszystko jest w obrębie systemu, z którego nie można się wyłączyć – o Internecie, rewolucjach i nowoczesnych technologiach Edwin Bendyk*, publicysta Polityki, dyrektor Ośrodka Badań nad Przyszłością Collegium Civitas w Warszawie.
Rozmawiał Dominik Łaciak
Podobno 10% wpisów na Twitterze pochodzi od mobilizujących się do protestu na Wall Street. W tym przypadku sieć posłużyła do fizycznego spotkania Oburzonych, ale to chyba początek procesu. Czy polityczność przeniesie się do Internetu?
Internet stał się ważną częścią budowania sfery publicznej. Twitter rzeczywiście jest narzędziem koordynacji działania protestu w Stanach Zjednoczonych, Tunezji czy w Egipcie. Jednak ciągle kluczowa jest wola polityczna, a właściwie moment ucieleśnienia tej woli, czyli wyjście na ulicę i trwanie aż do skutku, jak na Placu Tahrir.
Po pierwsze masa, po drugie trwałość. Gabriel Tarde, który kilkaset lat temu badał opinię publiczną, zanotował, że tym się różni tłum od opinii, że tłum się rozchodzi, gdy spadnie deszcz. Jego zdaniem aby coś zmienić, lud musi mieć strukturę i być świadomy swojego celu.
Z drugiej strony przecież spora część aktywności obywatelskiej przeniosła się do Internetu. Spójrzmy na to, jak Facebook zaanektował akcje społeczne, które kiedyś wymagały spotkania ludzi. Dzisiaj wystarczy sklecić krótki tekst, kliknąć myszką, żeby zaprosić znajomych, i gotowe. Obecnie społeczność mobilizuje się w obronie księdza Adama Bonieckiego. Przed paroma miesiącami pojawił się profil Apel do parlamentarzystów, instytucja wyspecjalizowana w nacisku na władzę. Udało jej się skorygować politykę narkotykową. Internauci wyklikali zmianę prawa!
Rzeczywiście. W Polsce zdarzyło się to parokrotnie, że mobilizacja w Internecie odniosła jakiś skutek. A jednak po doświadczeniach z ustawą o dostępie do informacji publicznej, pomimo przecież ogromnej aktywności przeciwników regulowania Internetu, aktywności tak w sieci, jak i poza nią, sądzę, że skutek można odnieść tylko wtedy, gdy sprzyja temu kalkulacja rządzących. Żeby rzeczywiście wymusić zmiany wbrew woli establishmentu, sama petycja nie starczy. Musi być świadomość, że za tą petycją jest lud gotowy wyjść na ulicę.
Pytam o to również dlatego, że ostatnio w Polsce ukazała się długo oczekiwana, najnowsza książka francuskiego skandalisty Michela Houellbecq’a Mapa i terytorium. Jego wizje przyszłości społecznej, skreślone choćby w Możliwościach wyspy, zawładnęły wyobraźnią i na lewicy, i na prawicy. Czy w perspektywie konsekwentnego przenoszenia kolejnych sfer życia do sieci, nie zagraża nam wizja ahistorycznego człowieka-wyspy, z zewnętrzem komunikującym się już tylko przy pomocy komputera?
Przewrót humanistyczny jest jednym z wyzwań, które nas czekają. Houellebecq jest pierwszym pisarzem, który wprowadził te zagadnienia do mainstreamu. Wcześniej pojawiały się, ale raczej na kartach literatury science-fiction. Również Peter Sloterdijk pisał o tym, że zmiana polega na tym, że funkcje, które wcześniej pełniła pedagogika, a więc tworzenie podmiotu kultury i podmiotu politycznego, dzisiaj przejmują antropotechnologie. Obecnie programowanie odbywa się za pomocą technik kognitywnych w najbardziej miękkim wydaniu. Za to zyskujemy możliwość programowania poprzez metody biologiczne, gdzie kultura nie jest potrzebna. Jeśli w tym aspekcie nastąpi jakieś przegięcie, a to się dzieje – choćby psychotropy celem wzmacniania potencjału intelektualnego albo wykorzystywanie osiągnięć neurokognitywistyki w polityce do osiągania efektów, to ryzyko jest. Ciągle jednak to, co nas chroni, to takie sytuacje jak w Egipcie albo Tunezji. Budzą się nowe podmioty, „bardziej zacofane”, które nie wkroczyły jeszcze w fazę transformacji posthumanistycznej. Liczę, że to tam powstaną nowe formy życia politycznego.
Pan wierzy w doświadczenie wspólnotowe jako sposób na zachowanie polityczności. Tylko czy to nie jest czcza wiara, biorąc pod uwagę atomizującą siłę ostatnich, znanych nam rewolucji liberalnych? Co się stało z Solidarnością, która ugięła się pod ciężarem wiary neoliberalnej? Czego uczą nas zrywy roku 1968, silnych i namiętnych wspólnot, które doskonale zagospodarował kapitalizm, bo wraz z emancypacją postąpiła indywidualizacja? Wreszcie przyjrzyjmy się Wall Street, właściwie bez projektu pozytywnego… Jeżeli kraje arabskie pójdą tą drogą, to może być koniec historii.
Oczywiście nie można wykluczyć, że pójdą tą samą ścieżką i że odrzucając reżim, zostaną wchłonięte. Trzeba jednak pamiętać, że ich świadomość jest inna. My reagowaliśmy na kryzys socjalizmu, oni reagują w odpowiedzi na kryzys neoliberalizmu. Te ruchy są też inne pod względem struktury, mają inny sposób mobilizacji. To pierwsze ruchy polityczne, myślę tu o Egipcie i Tunezji, w których ulica nie ma tradycyjnego przywództwa. To klasyczna wielość w działaniu, o której pisze Antonio Negri. Pytanie: czy taka wielość może, i w jaki sposób, wejść w proces polityczny? Czy normalnymi kanałami demokracji reprezentatywnej jak w Tunezji, gdzie powstało sto partii, czy może znajdą coś innego?
To kluczowe pytanie, bo wiemy, że demokracja wymaga demokratyzacji, o czym pisał Etienne Balibar. Pomyślenia na nowo takich struktur, które pozwolą wprowadzić do debaty kwestie równości, która została sprywatyzowana i wykreślona przez neoliberalizm. Na razie opiera się temu Manhattan, choć oczywiście teraz nie wiemy, co znaczyłoby przywrócenie równości. Wiadomo tylko, że państwo narodowe (opiekuńcze) się skończyło, bo państwo narodowe straciło legitymację i potrzeba czegoś nowego. To nie jest tak, że protestujący nie mają takich pomysłów. Oni tylko żadnego z nich nie firmują.
Naomi Klein, Sławoj Żiżek i gdzieś jeszcze dopraszany do tego towarzystwa Lech Wałęsa to trzy inne opowieści…
Trzeba czerpać z tego, co już krąży. Jest choćby koncepcja coraz poważniej traktowanego powszechnego dochodu gwarantowanego, która jest odpowiedzią na wiele strukturalnych problemów, zarówno systemów emerytalnych jak nowych form tworzenia wartości, tzw. produkcji społecznej, która jest nieopłacalna. To wymaga gruntownej redefinicji pojęcia pracy i wynagrodzenia.
Ciekawym rozwiązaniem jest też podatek Tobina, który na tapecie mamy od dawna, bo od lat siedemdziesiątych. Inną rzeczą jest, że model społeczno-gospodarczy oparty na konsumpcji, nie daje się utrzymać i wyprowadzić świata z kryzysu. Keynesizm się załamał i również wymaga wymyślenia na nowo modelu funkcjonowania gospodarki. Pytanie, czy to będzie jeszcze kapitalizm?
Powinniśmy wziąć pod uwagę naukę Immanuela Wallersteina, który uważa, że ten chaos to jest szukanie jakiejś nowej formy, która będzie bardziej zgodna chociażby ze środowiskiem.
Tu pojawia się kolejny problem. Bo skoro dzisiejsi Oburzeni, których się często utożsamia z prekariatem, narzekają, że nie powtórzą sukcesu rodziców, a więc ich bogactwo nie będzie się wyrażać w hiperkonsumpcji, a z drugiej strony mamy Wallersteina albo Haralda Walzera, którzy tę konsumpcję chcieliby ograniczać na rzecz chociażby zrównoważonego rozwoju, to mamy konflikt interesów.
Miara sukcesu, jaką amerykańscy rodzice stosowali w latach siedemdziesiątych, czyli dochód dolara na głowę w rodzinie, zdezaktualizowała się. Ekonomiści dawno włączyli do swoich badań obserwację, że poziom życia, mimo wzrostu dochodów, nie rośnie. Pytanie: co to znaczy żyć lepiej od rodziców? I czy nie jesteśmy w stanie tego zmienić kulturowo?
Przekonanie, że tylko ten model stwarza szczęście, jest wyłącznie ideologią. W sześćdziesiątym ósmym mieliśmy próbę zakwestionowania konsumpcjonizmu, ale, paradoksalnie, ten ruch zbudował neoliberalizm. Pytanie brzmi: jak przez kulturę przepracować wizję dobrego życia, które przecież wcale nie musi oznaczać zaciskania pasa? Może nie wyłączajmy od razu żarówki, tylko zmieńmy model energetyczny.
Mam wrażenie, że w gruncie rzeczy odbywa się poszukiwanie alibi dla ograniczeń konsumpcji…
Nieprawda. Tu chodzi o zmianę kategorii, uznanie, że można żyć nie tylko w kategoriach krótkoterminowej aktywności, lecz wydajności systemu. Dania jest takim przykładem. Duńczycy przystali na bardzo wysokie podatki, które wyzwoliły innowacje i dzisiaj płacą najniższe rachunki za energię, mając najwyższy standard życia w Europie. Nie dlatego, że mają więcej aut niż Amerykanie, tylko dlatego, że mają ich mniej. Obciążyli je 200% akcyzą, więc nikt przy zdrowych zmysłach nie kupuje tam samochodu. Jeżdżą na rowerach i twierdzą, że żyje im się lepiej. To wielki projekt, który się udał w skali pięciomilionowego kraju.
Wracając do Internetu. Pan nie wierzy, że w pewnym momencie wszystko to ograniczy się do domów, w których będą stać komputery zdecydowanie potężniejsze niż dziś.
Dobre określenie - nie wierzę, bo to są kwestie wiary. Boję się, że Internet padnie ofiarą establishmentu, który ma silną pokusę ze strony biznesowej i politycznej, aby go poddać kontroli, ograniczeniom. A przecież musimy pamiętać, że Internet to jest otwarta platforma do tworzenia innowacji.
Gazeta Wyborcza donosiła niedawno o pomyśle ABW, aby poddać kontroli naszą aktywność internetową.
Tak, to projekt totalnej inwigilacji. Oczywiście nie jest nowy. W Stanach Zjednoczonych Total Information Awerness został uruchomiony po 11 września. Niestety, nie mamy na to wpływu, mimo że to polityka. Dlaczego? W sieci zaczyna rządzić średnia społeczna postaw. Dzisiaj to sami użytkownicy chcą regulacji. Oczekuje się, że dzięki temu zwalczy się pedofilię, piractwo itd.
Mieszczaństwo zdominowało Internet.
Zdominowało i zagraża nam, że rewolucja internetowa, jak wszystkie inne, zostanie zabita przez…
Konserwatyzm.
Właśnie, przez konserwatyzm.
Póki rewolucja żyje – co ciekawego można jeszcze wymyślić w Internecie? Jakie śmiałe projekty się prowadzi?
Nie wiemy, i to jest najpiękniejsze. Dopóki Internet będzie miał taką strukturę, jaką ma, to możemy być pewni, że będzie się pojawiać coś fajnego. Jak w ciągu ostatniej dekady, co parę lat jakaś nowość. W 2001 roku Wikipedia, w 2005 YouTube, potem Facebook, a po drodze jakieś pomniejsze rzeczy.
Oczywiście w wypadku Facebooka to jest co najmniej dwuznaczne. Bo mimo że to wydajne narzędzie prowadzenia wszelkich działań, to trzeba wziąć pod uwagę choćby to, co się działo w trakcie rewolucji w Tunezji. Facebook prowadził dwuznaczną grę. Kasował posty itd. To jest prywatna firma.
No właśnie. To chyba znak dzisiejszych czasów, że niedookreślona i rozwijająca się platforma, która przejęła funkcje społeczne i polityczne, jest podporządkowana władzy kapitału korporacji.
Jean Baudrillard mówił, że skończyła się dialektyka. Czyli że w sieci nie ma tezy i antytezy, a raczej różne modalności. Facebook z jednej strony jest emanacją kapitalizmu i rządu korporacji, ale z drugiej już narzędziem emancypacji. Wszystko zależy od tego, jaką mu włączymy modalność. Wobec tego walka nie ma obecnie sensu. Nawet nie jest możliwa, bo wszystko jest w obrębie systemu, z którego nie można się wyłączyć.
Przykładowo z Google korzystamy nawet wtedy, gdy z niego nie korzystamy, bo każda informacja w sieci jest dla niego pożywką. Być może więc należy wymienić koncepcję analizy krytycznej. Trzeba odejść od konstrukcji Heglowsko-Marksowskich, może na rzecz Negriego, który jest bliższy opisowi tej rzeczywistości. Nie ma możliwości rewolucji, pozostaje nam tylko reformizm.
Czyli jesteśmy w punkcie wyjścia. Tak, jak kapitalizm przekuł wszystkie formy buntu – Rot Armee Fraktion do spółki z Che Guevarą na koszulkach, tak w sieci się to powtórzyło. System sieci dzieli historię systemu społecznego.
Musimy robić to, co próbuje Alain Badiou. Wyjść od ontologii, żeby spostrzec, jak się tworzy wydarzenie. A potem w zależności od tego, jak to będziemy rozumieć, możemy się zastanowić nad konstrukcją rzeczywistości. Dopiero wtedy pojawi się możliwość działania politycznego. Dzisiejsza socjologia jest do wyrzucenia. Absolutnie nie pasuje do Internetu, gubi się. Być może wyniknie z tego nowy język i okaże się, że wcale nie jest tak źle.
Jeszcze o możliwościach sprzętu. Na spotkaniu przed chwilą wspominał pan, że pracuje się obecnie nad włączeniem kolejnych zmysłów do komunikacji z komputerem.
Takie badania są prowadzone od dłuższego czasu. Ale kiedy mają szanse na praktyczną realizację? O tym zdecyduje rynek, bo możliwości techniczne już są, tylko czy my tego potrzebujemy?
Może użytkownicy Second Life’a?
Właśnie, ten świat chciałem przywołać. To miała być killer application, czyli możliwość budowania trójwymiarowych światów i nie udało się. Zastąpił to zdecydowanie prostszy Facebook. Okazuje się, że aby wyobrazić sobie rzeczywistość, nie potrzebujemy wszystkich zmysłów. Tekst jest sprawnym nośnikiem rekonstrukcji rzeczywistości i wystarcza, czego dowodzi neurokognitywistyka. Gdy czytamy, to uruchamiają się te same mechanizmy, co wtedy, gdy jesteśmy przy realnej sytuacji. Okazuje się, że nie potrzeba widzieć człowieka, aby czuć jego ból.
Intuicje Jana Komasy, którego Sala samobójców w tym roku weszła na ekrany kin, są diametralnie inne.
Second Life to tylko boczna uliczka, ciekawa, ale tylko jako jedna z przestrzeni. Nie ma tak totalnego charakteru jak Facebook, nie spełnia też funkcji politycznych, a przecież mówiło się, że będzie organizować życie publiczne. Nawet Watykan miał tam swoją przestrzeń. A jednak ciągle pełni funkcje rozrywkowe, a realne życie jest gdzie indziej. Nie potrzebujemy rekonstrukcji dosłownej i to bardzo dobra wiadomość.
Podobnie było z literaturą. Panowało przekonanie, że przyszłością będzie liberatura, czyli jakieś formy hipertekstowe, a to gry komputerowe stały się kontynuacją literatury. To na potrzeby gier komputerowych powstaje najwięcej tekstu, porównajmy ze sobą Wiedźmina Andrzeja Sapkowskiego i jego egranizację The Witcher.
Na koniec wróćmy jeszcze do technologii. Jak sobie je pan wyobraża za czas jakiś?
Największa rewolucja, jaka nas czeka, to rewolucja interfejsu. Generalnie chodzi o odstawienie klawiatury. Będziemy się komunikować z komputerem przy pomocy fal mózgowych. A czy pójdzie to aż w kierunku przełomu posthumanistycznego, gdy zdecydujemy się wszczepiać chipy, które będą wzmacniać nasze kompetencje? No cóż. Już dzisiaj robi się to w medycynie, w Polsce prof. Skarżyński wczepia implanty w pień mózgu i przywraca słuch.
Prowadzi pan bloga zatytułowanego Antymatrix. Jesteśmy blisko matrixa?
W sensie technologicznym tak. Ale ja ciągle wierzę, że jesteśmy w stanie ten matrix dekonstruować. Rozpoznawać, kiedy jesteśmy w systemie, a kiedy nie. Film jest dziełem o fałszywej świadomości.
Dziękuję za rozmowę.
*Edwin Bendyk – wykładowca akademicki, publicysta (Polityka, Krytyka Polityczna, Computerworld, Res Publica Nowa), autor nominowanej do Literackiej Nagrody Nike 2003 książki Zatruta studnia. Rzecz o władzy i wolności, a także książek Antymatrix. Człowiek w labiryncie sieci oraz Miłość, wojna, rewolucja. Szkice na czas kryzysu. Wielokrotnie nagradzany za swoją działalność. W sieci prowadzi bloga: Antymatrix (http://bendyk.blog.polityka.pl/).
echa 11 listopada.
Ciągle otwierając gazety można napotkać na echa zajść, które miały miejsce w stolicy. Tak samo przeglądając Internet, słuchając radia i oglądając telewizję. To wszystkim nam dobrze znana logika spektakularnego obrazka, którą kierują się media. W Bieruniu było mniej spektakularnie, ale to ważne, abyśmy potrafili być ze sobą. Szczególnie dzisiaj.
Michał Lorenc ze swoim Stowarzyszeniem Razem dla Bierunia jak zwykle śpiewał. Ostatnio śpiewali kolędy, teraz pieśni patriotyczne, choć i w tym roku atrakcji na Boże Narodzenie nie zabraknie. – Uważam, że najważniejsza jest integracja mieszkańców, a rynek jest naturalnym do tego miejscem. Wspólne śpiewanie to mówienie jednym głosem. Między uczestnikami tworzą się więzi - mówi.
Ale tego dnia śpiewano też w Bieruniu Nowym. Pod pomnikiem Powstańców Śląskich spotkali się politycy i działacze społeczni z nowobieruńskich stowarzyszeń Atlantyda i Porąbek. Był burmistrz Bernard Pustelnik i jego zastępca Leszek Kryczek. Śpiewały „Nowobierunianki”, a potem, w trakcie programu „Ojczyzno Ty ma”, również artyści Opery Śląskiej i uczniowie Szkoły Podstawowej nr 3.
Uroczystości się udały, chociaż można sobie wyobrazić to tak, że więcej z nas bierze w nich udział. Politycy biorą udział, bo powinni. Społecznicy, bo tak trzeba. Ale dlaczego nie wzięliśmy udziału licznie, tak jak wtedy, gdy do miasta przyjeżdża gwiazda tej czy innej estrady? Wystarczyło wyłączyć telewizor, który tego dnia nie radził sobie z analizą wydarzeń w Warszawie, niezależnie o której stacji mówimy.
Szwedzi świętują pierwszego maja, tylko tam etos jest bardziej lewicowy. Spotykają się na ulicy, odśpiewują „Międzynarodówkę”, a następnego dnia wracają na ciepłe posady w korporacji. Ktoś powie, że to pieśń anachroniczna, ale przecież równie anachroniczna jest „Rota” Marii Konopnickiej, napisana na inną okoliczność i w innych okolicznościach. Nikt poważny nie traktuje dzisiaj zwrotu „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, ni dzieci nam germanił” dosłownie, w sytuacji gdy nasze gminy rosną jak na drożdżach, wykorzystując wielomilionowe dotacje z Unii Europejskiej; oraz kiedy dzieci chętnie uczą się języków obcych, przygotowując się do życia w globalnej wiosce.
Problem pojawia się wtedy, gdy słowa Konopnickiej odbiera się wprost, a w miejsce Niemców wstawia się dodatkowo dowolne nacje, i to jest problem, który tego dnia zawładnął Warszawą. Jeden z najsłynniejszych socjologów świata, Polak żydowskiego pochodzenia, który w 1968 roku był zmuszony emigrować, Zygmunt Bauman, określa to zmierzchem państwa narodowego przy jednoczesnym wzbieraniu idei narodowej. Gdy świat określa się przez sieci międzynarodowych powiązań, a państwa i systemy demokratyczne uginają się pod presją kapitału, który kumuluje się w korporacjach (co zauważył ruch Occupy Wall Street), to stare recepty nie działają.
Na świecie za kryzys wini się środowisko finansjery, w Polsce za wroga służy zmitologizowana „komuna”, opcjonalnie „układ”. Szuka się wrogów narodu, a patriotyzm jest już tylko uzgadnianiem wersji historii. Interesy europejskich Oburzonych to interesy socjalno-ekonomiczne, a jakie są interesy nacjonalistów, którzy święto niepodległości zamienili w regularne walki uliczne? W 1968, gdy przez świat przetaczała się fala manifestacji marksizujących i anarchizujących studentów, włoski poeta komunista Pier Pasolini napisał wiersz „Nienawidzę was, drodzy studenci!”. Pisał: „Kiedy wczoraj, na Valle Giulia tłukliście się/z policjantami,/ja byłem za policjantami/Bo policjanci są dziećmi biedaków”. Wtedy młodzież z dobrych domów z interesem klasowym na ustach zaatakowała świat pracy z nizin społecznych. 11 listopada 2011 roku polscy „patrioci” napadli na polskich policjantów, których zadaniem jest czuwać nad bezpieczeństwem obywateli ich kraju.
Dzisiaj patriotyzm jest gdzieś indziej. Piszę te słowa w bytomskiej Kronice, lewicującej galerii sztuki, blisko związanej z odmienianą ostatnio przez wszystkie przypadki Krytyką Polityczną. Parę metrów dalej siedzi Jacek Żakowski i rozmawia z dziećmi o demokracji, a na zewnątrz stoi grupa osób, wznoszących okrzyki: „precz z komuną”. Uważam, że bardziej patriotyczne jest zachowanie publicysty Polityki, który cierpliwie odpowiada na pytania latorośli, niż zachowanie tych, którzy trzymają drzewce i mają pełne usta słów o wielkiej Polsce.
Taki też musi być nasz patriotyzm, tym bardziej, że trzeba go kroić na czasy kryzysu. Dzisiaj znowu musimy być razem, ale nie dlatego, że zagraża nam fizycznie wróg, obcy. Zagraża nam, ale kryzys finansowy, który nie ominie ani Polski, ani powiatu w odsłonie robotniczej, ani powiatu słynącego z małej przedsiębiorczości. Tym bardziej więc nie warto dzielić i wykluczać ze wspólnoty niewspółplemieńców (zresztą nigdy nie warto). Zamiast tworzyć kategorie i rozpamiętywać historię, która jest dobrym budulcem tożsamości, ale kiepskim kośćcem dużej wspólnoty, należy spojrzeć w przyszłość. Tak jest, po prostu, pragmatycznie. Pisał przed stu laty Stanisław Brzozowski: „męczeństwo nie zastępuje pracy”.
W latach głębokiego PRL-u wystąpiło paru śmiałków, którzy mieli do stracenia wiele, a właściwie to wszystko, i sformowali Komitet Obrony Robotników. Jakże mniej dramatyczne mamy czasy, a na uczelniach wyższych działa Demokratyczne Zrzeszenie Studentów. Organizacja, która stara się rozwiązywać problemy żaków, również te socjalne. KOR dbał o potrzeby tych, których poza nawias wyrzuciła Polska ludowa. DZS interesuje się tymi, którzy nie odnajdują się na uczelniach zorganizowanych w systemie kapitalistycznym. Czy pomożemy tym, których zniszczy kryzys?
Przecież by aktywność obywatelską traktować jako podstawowy składnik patriotyzmu, mamy w Bieruniu nie lada powody. W końcu mitem założycielskim nowoczesnego Bierunia jest wyłączenie się miasta spod administracji Tych i zbudowanie własnego samorządu, czego w tym roku obchodziliśmy 20. rocznicę. 14 grudnia będziemy obchodzić kolejną rocznicę, ponieważ przed trzydziestoma laty górnicy z Piasta na stan wojenny odpowiedzieli strajkiem pod ziemią. Nie świętowalibyśmy, a może ciągle byśmy byli peryferyjną dzielnicą molocha, gdyby nie solidarność robotników i samoorganizacja społeczna.
W tym sensie patriotyzm i niepodległość można uprawiać każdego dnia. Wystarczy inaczej spojrzeć na miasto, w którym mieszkamy. Powziąć myśl o tym, że poza „moje” jest jeszcze jakieś „wspólne”, które zaczyna się za ogrodzeniem posesji. Nie przypadkiem polityka swoje źródło bierze od starożytnego, greckiego państwa-miasta polis, a więc pierwotnie polityka, państwo i miasto były tożsame.
Tylko w ten sposób, nie na stadionach i na wiecach, lecz przez zaangażowanie w to, co się dzieje w naszym mieście i u naszego sąsiada, możemy stworzyć wspólnotę. Bez tego nawet nie ma po co nosić flag. Bo i dla kogo?
(A gdy o zaangażowaniu mowa, to 28 listopada zapraszam do lędzińskiego kina Piast, gdzie odbędzie się pokaz filmu zrealizowanego w ramach projektu Stowarzyszenia Młodzi Aktywni, z którym jestem związany. Projekcja o godzinie 18).
Dominik Łaciak
O wszystkich świętych.
Wszystko jedno
Święto umarłych to takie święto, że żywy odzipnie. Zmarłym to już w gruncie rzeczy (o tak, w gruncie to dobre słowo) wszystko jedno. A żywy wyjedzie, odetchnie świeżym powietrzem. Moja babcia mieszka w kujawsko-pomorskiem. Parę domów na krzyż, jakiś zrujnowany PGR, w sklepie biorą wódkę na zeszyt, a jak są dożynki, to jeszcze w mordę można dostać. Mówią tylko o tym, że się stary Graczyk utopił przedwczoraj na rybach.
Swojsko, w bezpiecznej odległości od cywilizacji. Tylko lasy i jezioro.
Wziąłem ze sobą tego wyklętego inteligenta Brzozowskiego. Można go czytać różnie. Na przykład można go czytać pasjami. Podobno dla opozycji demokratycznej w PRL to była lektura formacyjna. Można go czytać jako lekturę romantyczną, a nie młodopolską. Chrześcijańską i antykatolicką. Ale w święto umarłych to się czyta tylko przez pryzmat śmierci. Dzisiaj ktoś by powiedział: u Brzozowskiego trup ściele się gęsto. No więc giną kolejni bohaterowie. Giną narodnicy, a w człowieku wzbiera. Sam by wstał i gołymi rękoma udusił cara, niech żyje rewolucja! Czas, by zatriumfował rozum. I nawet człowiek nie czuje, jak nim rusza. Gorzej z kotem. Kot czuje. Przebudzi się, popatrzy, obróci i wyciągnie, i śpi dalej.
Kotu to wszystko jedno. Pod warunkiem, że się mu nie przeszkadza w spaniu. Gdy w kwietniu umierał dziadek, to też mu było wszystko jedno. Spał dokładnie tak, jak teraz. A przecież lubił siedzieć u niego na kolanach. Mamie było mniej wszystko jedno. Wcale jej nie było wszystko jedno. Babcia ją pocieszała: „tak już musi być”.
Babcia śmierć zna od podszewki. Myślę, że każdy człowiek dobijający do osiemdziesiątki tak ma. Po prostu w pewnym momencie nie zaczyna się już rozmowy ze znajomym od „cześć, co słychać?”, tylko od „cześć, zgadnij, kto umarł?”. Moje najodleglejsze wspomnienie z babcią to stypa w wojskowej kantynie. Pamiętam tylko, że wszyscy tańczyli. A gdybym był bohaterem mojego ulubionego pisarza Houellebecq’a, to bym jeszcze przeżył inicjację.
Babcia śmierć zna od podszewki. Jest kresowianką. Pamięta, jak ojciec poszedł na wojnę. Przeżył. Potem ciągle się buntował. Wyrok: Sybir. Wyskoczył z wagonu, przeżył. Babcia lubi te historie. W przedwojennej Kościuszkówce żyli jak, to chyba nie będzie banalne tutaj stwierdzić, że jak u pana Boga za piecem. Ukraińcy, Polacy i Żydzi. W pełnej zgodzie i harmonii, ci ostatni handlowali, a jakże. Pierwszy klient miał za darmo, bo to na szczęście. Potem przyszedł Hitler ze swoim narodowym pierdolnięciem i obiecał Ukraińcom niepodległą Ukrainę. Wystarczyło, że wymordują sąsiadów, którzy mają obce nazwiska.
Babcia pamięta, jak spędzili Żydów do stodoły. Ukraińcy albo Niemcy, już nieważne, jacyś ludzie zwieźli ich tam z całej okolicy i kazali się rozebrać. Powiązali ze sobą ciuchy, ubrali w to drewnianą konstrukcję stodoły. Polali benzyną i próbowali zapalić, ale się nie zajęło. Nieważne, do rana i tak byli martwi. Pozamarzali, w nocy było minus dwadzieścia. Rano ciągnęli ciała za saniami po śniegu. Korowód zamarzniętych Żydów. Babcia miała wtedy siedem lat. Widziała to przez dziurkę od klucza.
Ta opowieść nie zna końca. Kiedy wychodziłem z liceum, usiadłem z babcią w kuchni. Spisałem wspomnienia. Zrobiłem z tego reportaż. Opublikował to jeden kwartalnik literacki, można to było kupić w empiku, z moim zdjęciem. Podrywałem na to dziewczyny. Że niby przypadkiem wchodzimy do sklepu, a potem przypadkiem znajdowaliśmy się w rubryce z kwartalnikami.
Tekst chyba żyje w sieci, bo ostatnio na moim blogu odezwała się kobieta, że zna historię, bo stodoła należała do jej dziadka. Napisałem do niej.
Wspomniała Jasia Surdeja, który wyjechał z Marysią do Stanów, gdzie żyli długo i szczęśliwie. Marysia była Żydówką, taką z wyższych sfer. Wojnę spędziła w tunelu wykopanym w stodole. Przecinał studnię, więc Jasiu udawał, że idzie po wodę, ale w wiaderku miał jedzenie dla Marysi. Sąsiedzi nic nie zauważyli. Potem gdzieś na amerykańskiej prowincji umarł Jasiu. Marysia długo opiekowała się jego grobem. Pani z bloga twierdzi, że dzieje naszej rodziny bada cała grupa historyków. W latach siedemdziesiątych powstała nawet książka. Do listu były załączone zdjęcia z półkolonii. Babcia kogoś na nich rozpoznała.
Ta kobieta dorastała ze śmiercią obok. Przed wszystkich świętych pojechaliśmy z nią na targ. Kupić płaszczyk. Wybrała jeden, ale z uśmiechem stwierdziła, że i tak go długo nie ponosi. Mama się zmartwiła. Ja się roześmiałem. Kot tego nie słyszał, ale i tak by mu było wszystko jedno.
Wieczorem dzwonek do drzwi. „Psikus albo cukierek”. I tak jeszcze dwa razy. Potem już głucha noc, tylko szczekanie psów.
Na cmentarzu nie ma demokracji. Pomniki ustrojone jak w konkursie na najładniejszą posesję. Wyższe, większe i szersze, z piaskowca, z granitu, z marmuru. Ale zmarli gryzą ziemię jednakowo. Pomniki to tylko nadbudowa. Plastikowe znicze to tylko nadbudowa. Podobno dalej jest coś więcej.
Dominik Łaciak
skomentuj (0)

