felieton majowy.


Matka z dzieckiem przed EURO 2012

Kiedyś i tak było gorzej. Na majówkę pojechałem z rodzicami, którym się zbiera na sentymenty, więc wspominają koleje za PRL-u. Ludzie wchodzili oknami, a tata przeskakiwał przez tor na drugą stronę pociągu, otwierał drzwi, hyc do środka zanim wgramolą się inni, hyc do przedziału, który zamykało się monetą. Potem odebrać walizki przez okno, zaczekać na kompanów podróży i już był przedział prywatny. Przecież już od Arystotelesa wiadomo, że podstawową komórką społeczną jest rodzina. Własne stadko, nie jacyś obcy, nawet jeżeli za oknami napisy wzywające do wspólnej pracy dla ojczyzny ludowej, a coraz więcej Polaków deklaruje solidarność. Robotnicy ze Stoczni im. Lenina pozdrawiający Margaret Thatcher to doskonała ilustracja tej schizofrenii.

Minęło dwadzieścia lat i jadę pociągiem, do którego wszedłem drzwiami(!), więc standard życia nam się podniósł. Tak przynajmniej mówią w telewizji. Nawet prezydent ogłasza sukces realizacji planu pięcioletniego. EURO 2012 jest naszym wspólnym sukcesem, wszyscy się na nie złożyliśmy, więc niemądrze, żeby teraz jacyś głupi robotnicy nam je popsuli. Ich emerytury są śmieszną błahostką przy prawdziwym zadaniu, jakie czeka naszych piłkarzy. Jak na bohaterów przystało, muszą wtoczyć świński pęcherz więcej razy do bramki Rosjan, niż Rosjanie do bramki polskiej. Wszystko to aby pomścić Smoleńsk i Katyń zarazem. Za kopanie pęcherza przez miesiąc dostaną więcej pieniędzy niż kasjerka w Tesco przez całe życie, więc byłoby wyjątkową perfidią kasjerki z Tesco, gdyby się zbuntowała. Takiej kasjerce kiedyś można było przynajmniej krzyknąć "trzeba się było uczyć", ale co jej odpowiedzieć dzisiaj, gdy zastępy młodych i dobrze wykształconych ludzi pozostają bez pracy? Wiem, np. "trzeba bylo grać w piłkę" i nagle okazuje się, że cała ta afera z orlikami to dobrze przemyślany plan modernizacji polskiej gospodarki, która w przyszłości będzie się opierać na eksporcie piłkarzy.

Miejsce potyczki z Rosjanami też nie jest przypadkowe. Nowoczesny Stadion Narodowy z ludowym lejtmotywem jest symbolem zwycięskich walk. Zwycięstwa kapitalizmu nad siermiężnym socjalizmem, bo obrzydliwe szczęki z taniochą ze wschodu zastąpiły eleganckie loże vipowskie. Zwycięstwa nad dzikimi Tatarami, Mongołami i Chińczykami, którzy wcześniej urządzili sobie tu jarmark, a których wspólnymi siłami udało nam się eksmitować (teraz nawet nie zbliżają się do płotu). Zwycięstwa Warszawy!

Pociąg dojeżdża do Poznania, a więc przesiadka, bo żeby dojechać z północy kraju na południe, trzeba jechać zygzakiem. Aby się niepotrzebnie nie kłopotać, próbowaliśmy kupić bilet z przesiadką, ale to niemożliwe. Konduktor zapytany „dlaczego, ale dlaczego?” uznał, że „pan nie chce od niego kupić biletu” i poprosił kierownika. Kierownik: to niemożliwe, ale nie stracicie Państwo, wypiszę Państwu kierunek, a Państwo bilet przedłużycie. W Poznaniu Państwo próbuje przedłużyć kierunek, ale kasjerka mówi Państwu: to niemożliwe, bo jedna spółka nie sprzedaje biletów innych spółek. Państwo w państwie.

Bilet przedłużamy w innej kasie i taki zwitek biletów okazujemy kolejnemu konduktorowi, a ten kręci głową i mruczy: jak oni te bilety zrobili? W pociągu Poznań - Kraków tłok, ludzie siadają, gdzie się da, zajmują przedział dla matki z dzieckiem. Tymczasem matka z dzieckiem nie ma miejsca, więc otwiera bohatersko przedział i mówi: przykro mi, Państwo muszą opuścić ten przedział, bo jest dla matki z dzieckiem. Tamci tylko kręcą głowami. Więc matka z dzieckiem dogania konduktora i prosi o pomoc. Ten nie ma czasu, rzuca tylko: powinni opuścić ten przedział. Matka z dzieckiem po pociągu szuka innych matek z dzieckiem. Razem lepiej domagać się sprawiedliwości. W tle łopoczą biało-czerwone flagi zwisające na blokowisku. Wyjeżdżamy z Mosiny.

Matka z dzieckiem, jakby tylko była trochę bardziej zaradna, to by otworzyła własny biznes, kupiła jakieś fajne auto i pojechała autostradami (za 12 zł 70 kilometrów; mamy dobry kapitalizm, a nie zły socjalizm, więc za przejazd zgarnia prywaciarz a nie państwo). Tym bardziej, że rząd dał matce wyraźny sygnał, przeznaczając pieniądze dla kolei na budowę autostrad. Mogła też lecieć samolotem. Donald Tusk z Sopotu do Warszawy robi to co tydzień. Jak chciała jechać pociągiem, to niech ma.

Sam jestem taką matką z dzieckiem. Wielu z nas jest matką z dzieckiem, a EURO 2012 jest dobrą okazją, żeby się policzyć. Wszyscy złożyliśmy się na wspólne, Narodowe stadiony z motywami ludowymi i autostrady, na które większość z nas nie ma wstępu.

Dominik Łaciak

skomentuj (0)

kolejny ze społecznych reportaży.


Ludzie, którzy nie widzą 

Człowieka, którego ogarnęły egipskie ciemności, dopada rozpacz. Świat traci kolory, a żona wychodzi do pracy i nigdy więcej nie wraca. Poruszać trzeba się nauczyć właściwie na nowo, z laską. Przestrzeń miejska przeraża, bo na taką okoliczność jest nieprzystosowana, na każdym kroku niewidomego lekceważy. Wielu sięga wtedy po alkohol i z butelką zostaje już do końca. Wielu próbuje na nowo zdefiniować szczęście.

Niewidomych albo z poważną dysfunkcją wzroku mieszka w naszym powiecie około 150. Ci pierwsi nie widzą nic, ci drudzy czasem niewiele więcej niż na wyciągnięcie ręki. Tzw. resztkowcem jest Dorota Moryc, prezeska tyskiego koła Polskiego Związku Niewidomych, które obejmuje zasięgiem powiat bieruńsko-lędziński. W tej chwili PZN opiekuje się 51 osobami, ale do organizacji przychodzą tylko ci, którzy najbardziej potrzebują pomocy.

1

Prezeska Moryc niedowidzi od dziecka. Mówi, że początkowa ta jej choroba była dość krępująca. Ktoś się obraził, bo nie powiedziała mu dzień dobry na ulicy, a przecież go nie widziała. Wtedy się wstydziła o tym mówić. Miała dzieci w szkole, mogliby im dokuczać. Ale sytuacji denerwujących było więcej. W sklepie niedowidziała ceny, więc spytała ekspedientkę. „Przecież pisze”. To samo w urzędzie. „Tam są formularze, tam pisze, tam wpisać”. Wtedy powiedziała: dość, trzeba to zmienić. Tak trafiła do PZN-u.

Na fotel prezeski pięła się po szczebelkach, czyli jak w korporacji, tylko w korporacji się zarabia, a w PZN-ie funkcje pełni się społecznie. – Najważniejsza jest świadomość, że można pomóc innym. To niewymierne korzyści – twierdzi i dodaje zaraz, że nie lubi tylko, gdy ktoś mówi, że bez niej by sobie nie poradził. Jeżeli ktoś sobie radzi, to tylko dzięki własnej, ciężkiej pracy.

Problemy zaczynają się już po wyjściu na ulice. Zwykłego mieszkańca nierówne chodniki mogą najwyżej irytować. Dla niewidomego chodnik stanowi o bezpieczeństwie. Chodnik oddziela go od ruchliwej drogi i pomaga zorientować się w przestrzeni. Dobrze więc, aby był przyjazny i posiadał np. ostrzegawcze wypustki. Dobrze, żeby nie był dziurawy, bo na takim można złamać białą laskę, a bez niej z domu ani rusz (w dodatku to duży wydatek, a NFZ refunduje tylko 50 złotych i to co 2 lata). Niedowidzący potrzebują w przestrzeni kontrastów, a u nas ciągle szaro, często też krzywo i dziurawo.

Moryc na spotkaniach z urzędnikami zaznacza, że nie domaga się, żeby ci od razu przebudowali całe miasto. Ale czy oznaczenie schodów to tak dużo? Czy udźwiękowienie autobusów, żeby niewidomi nie musieli liczyć przystanków, jest rzeczą niemożliwą? Czy udźwiękowienie sygnalizacji świetlnej naprawdę tyle kosztuje, że nie mają jej nawet nowoprojektowane przejścia? Moryc przesyła wnioski, ale w odpowiedzi słyszy tylko, że projekty są już gotowe albo nie ma pieniędzy (zabrakło ich np. na stworzenie platformy dla wózków inwalidzkich na lędzińskim stadionie, który rokrocznie gości… igrzyska dla niepełnosprawnych).

2

Rzecz rozbija się o brak empatii. Niewidomi nie tylko nie widzą, ale jeszcze są niewidzialni dla urzędników, którzy w ich sprawie są ciemni jak tabaka w rogu. W wielu miastach politycy wsiadają na wózek, żeby zrozumieć płynące z tego ograniczenia. Może nasi powinni zawiązać chusty na oczy?

Sytuację ma poprawić ratyfikowanie przez polski parlament Konwencji ONZ o prawach osób niepełnosprawnych. Podpisany przez Polskę w marcu 2007 roku dokument wciąż nie doczekał się głosowania, ale to ma się wkrótce zmienić. Konwencja ma chronić praw osób niepełnosprawnych. Ci mają uzyskać jednakowe możliwości ich realizacji, np. w zakresie dostępu do informacji publicznej, co nałożyłoby na samorządy obowiązek udźwiękowienia stron internetowych.

Problem w tym, że nie przyjęliśmy protokołu dodatkowego, który pozwoliłby oskarżać Polskę o nieprzestrzeganie zapisów konwencji. To oznacza, że np. zapewnienie oznakowania w Braille’u w budynkach administracji publicznej albo przystosowanie komunikacji miejskiej mogą pozostać na papierze.

3

- Najbardziej mnie denerwuje, że oni tam tylko siedzą i gadają, i nic z tego nie ma – mówi Krzysztof Polok z Hołdunowa, który od polityki woli kanały przyrodnicze. Cukrzyk, wzrok stracił przed paroma laty.

Najbardziej tęskni za prowadzeniem samochodu. Pracował jako kierowca i ze łzami w oczach wspomina swojego trabanta, którego wielokrotnie przerabiał. Przez zamiłowanie do motoryzacji tęskni też do kolorów, bo gdy słyszy w radiu, że skradziono samochód o kolorze czerwonym, to nie umie go sobie wyobrazić. Nie wie już, czy czerwony to kolor ciepły czy zimny? Za to bez problemu zajeżdża autobusem do Tychów albo zachodzi na miasto, w głowie ciągle ma strukturę dróg i ulic, orientuje się w przestrzeni. Jednak początki nie były takie łatwe.

Że straci wzrok niewiele wskazywało, bo z cukrzycą się „zaprzyjaźnił” już jako dziecko. Wypadki potoczyły się szybko, najpierw jedno oko, parę lat później drugie. W szpitalu po kolejnej operacji lekarz powiedział mu, że nie ma oczekiwać cudów. Wtedy widział jeszcze zarys ręki…

Moment załamania przyszedł wkrótce. Żona wyszła do pracy i już nie wróciła. Dowiedział się, że mieszka gdzieś w Sosnowcu. Próbował do niej dzwonić, ale bez skutku. Ma żal, bo jakoś by sobie przecież poradzili. Wtedy nie widział przyszłości. Teraz widzi sens, choć wiadomo – są dni lepsze i gorsze.

Na pytanie „i jak ja sobie teraz dam radę?” odpowiedziały Agnieszka Galiszewska i Dorota Moryc. Przyszły do niego i powiedziały mu, że nie ma to tamto. Z początku nie chciał się pokazać z laską na ulicy i wydawało się, że będzie potrzebował przewodnika. Okazało się, że Polok jest bardzo sprawnym uczniem i dzisiaj sam załatwia swoje sprawy w urzędach, a do łóżka czasem kładzie się z książką, bo opanował Braille’a.

Do niedawna również pracował. – Człowiek, jak musi rano wstać, gdzieś dojechać, czymś się zająć, to się czuje potrzebny, wie, że go jeszcze nie spisali na straty – mówi Polok. Pracował w hurtowni, zawiązał znajomości. Koledzy traktowali go zwyczajnie, nie żałowali mu żartów. Jego laskę ochrzcili blondyną. Niestety praca się skończyła i Polok nudzi się w domu. Pracę podejmie choćby od zaraz.

4

Tworzenie miejsc pracy dla niewidomych to największe marzenie Doroty Moryc i z postulatami takiej polityki pojedzie na krajowy zjazd delegatów PZN. Sama pomaga w szukaniu pracy, ale tu potrzeba jakichś rozwiązań systemowych. Przecież każde biuro, każdy urząd, każda centrala telefoniczna może zatrudnić niewidomego i jeszcze na tym skorzystać. Przedsiębiorcy tworzący tzw. zakłady pracy chronionej mogą liczyć na zwolnienie z podatków, dofinansowanie wynagrodzeń osób niepełnosprawnych, szkoleń i kredytów. Oraz na ludzką wdzięczność.

Praca dla osoby niewidomej jest szansą na godność, ale i często na utrzymanie. Wysokość renty jest uzależniona od stażu pracy, jeżeli ten był niewielki, renty nie wystarcza na podstawowe wydatki. Najniższa jest renta socjalna, pobierana przez tych, którzy dotąd nie mieli pracy, czyli w takiej sytuacji może znaleźć się np. ambitny student. To ledwie 600 złotych miesięcznie. Za to nie da się utrzymać mieszkania i kupić lekarstw, dlatego niewidomi rzadko są w pełni samodzielni.

5

Świat niewidomych jest światem na wspak. Nie widzą, ale za to często lepiej słyszą, czują, nie rozpraszają ich obrazy. Dlatego wielu z nich zawodowo zajmuje się masażem, w tej branży cieszą się wyjątkowym prestiżem.

Do krakowskiej szkoły o takim profilu trafiła Małgosia z Lędzin, która jako pierwsza osoba niewidoma z tego terenu ukończyła bieruński ogólniak, czyli szkołę masową. – Małgosia dobrze poradziła sobie z maturą. Z matematyki przygotowywała ją Barbara Wiśniowska, która zrobiła dla niej specjalne pomoce naukowe z geometrii – mówi Moryc. I szkoła, i Wiśniowska otrzymały specjalne odznaki – „przyjaciel niewidomych”.

Jeżeli nie masaż, to… taniec. Państwu Rosiek z Bierunia puchary nie mieszczą się już w mieszkaniu. Wygrywają nie tylko zawody dla osób niedowidzących i niewidomych. Z powodzeniem rywalizują też z tymi, których nic nie ogranicza, mimo że – śmieją się – tańczy ślepy z głuchym. Janina widzi tylko na prawe oko, i to na 30%, czyli jak przez dziurkę od klucza. Mąż Marian, emerytowany górnik, słyszy na prawe ucho. I są najlepsi. Przed dwoma laty zdobyli mistrzostwo okręgu śląskiego w tańcu towarzyskim w dwóch kategoriach – standard i łacina. Ich pokaz będzie można zobaczyć podczas tegorocznych obchodów Nocy Świętojańskiej nad Wisłą w Bieruniu. Ze swoim miastem czują się szczególnie związani, więc gdziekolwiek występują, to przedstawiają się jako para z Bierunia. Chcieliby to jakoś mocniej zaakcentować.

Najważniejsze, że dla Janiny taniec jest orężem w walce z chorobą. Przed trzynastoma laty, gdy lekarze zdiagnozowali u niej stwardnienie rozsiane, usłyszała od lekarza: niech pani spróbuje choreografii. Bakcyla złapała już po pierwszym zgrupowaniu. Wkrótce dołączył do niej mąż, który przeszedł na emeryturę. Telewizja zrobiła o nich reportaż. Marian powiedział reporterowi, że taniec zmusił go, żeby się wyprostował, bo na kopalni częściej się schylał.

Taniec jest lekarstwem. – Tradycyjne leczenie SM jest horrendalnie drogie, a taniec to w dodatku mnóstwo zabawy, podróżowanie po całej Polsce i kilka treningów w tygodniu – zachwala Janina. – Pan też powinien spróbować.

Czy są szczęśliwi? – Bardzo. Najbardziej, że możemy komuś dać nadzieję – twierdzi Janina.

Reportaż ukazał się na łamach miesięcznika KWADRAT.

Dominik Łaciak

skomentuj (0)

wróżenie z fusów.


Nadchodzi Antymiasto

Koniec miasta właśnie się zaczął. Wszystkiemu winna sieć, którą kochamy, a która wpadła w neoliberalne sidła.


Seks ze świnią transmitowany przez telewizję. To cena, jaką musi zapłacić premier Wielkiej Brytanii, żeby uratować księżniczkę. Porywacz nie chce pieniędzy ani helikoptera. Film, na którym błagająca o życie kobieta odczytuje żądanie, zostaje umieszczony na serwerze YouTube i z prędkością światła rozchodzi się na cały świat. Do akcji wkraczają media. Premier podejmuje decyzję, opierając się na wynikach sondaży. Tak przedstawia się fabuła pierwszego odcinka emitowanego właśnie na wyspach serialu Black Mirror. To próba pastiszu świata zdominowanego przez chciwe i wszechobecne media oraz żądną igrzysk widownię, przy której voyeryści z epoki przemysłowej są jak grzeczne dzieci.


Serial w zamierzeniu twórców miał być science fiction, lecz bardziej jest science niż fiction. Jego największym atutem jest to, że właściwie dzieje się w sieci, a realne służy tylko do zasilania wirtualnego. Kopulacja ze zwierzęciem ustaliła porządek telewizyjnych wiadomości, ale przede wszystkim dostarczyła materiału do dyskusji internautom z Facebooka i zdominowała Twittera. Jak w trakcie antyputinowskiej rewolucji lajków. Jak wtedy, gdy na Wall Street spotkały się tysiące manifestujących, którzy zmówili się w Internecie. Sam akt seksualny miało obejrzeć prawie półtora miliarda osób, co trafnie oddał obraz pustych ulic. Nasze ulice wyludnią się w trakcie EURO 2012.

Przestrzenie przepływu


Serial jest o tym, w jakim kierunku zmierza świat doby społeczeństwa informacyjnego. Obecnie, zdaniem socjologa Manuela Castellsa, przestrzeń miejsca ustępuje przestrzeni przepływów. Jej wyznacznikiem jest pozostająca w ruchu informacja (również człowiek, kapitał), a narzędziem m.in. Internet. Nowa rzeczywistość zrywa z przestrzenią jako terytorium na rzecz np. profilu na Facebooku. Zdaniem Castellsa mamy też do czynienia z ubezczasawianiem się czasu. Dla dawnej przestrzeni istotne były wydarzenia historyczne i lokalne konteksty, które swoje piętno zaznaczały w miejskiej symbolice czy architekturze. Przestrzeń przepływu ma głównie wirtualny charakter (np. layout portalu), a miejsca transferowe, jak lotniska, giełdy, biura, a w nieodległej przyszłości również domy, są skazane na zunifikowaną na całym świecie architekturę postmodernizmu. Na naszych oczach kończy się historia, jaką znaliśmy.

Ta dokonująca się transformacja wkracza w nasze codzienne życie. Witamy ją z huraoptymizmem właściwym rewolucjom. Elektronicznie sterowane domy, które zwracają się w kierunku światła. W nich podłączone do sieci ekspresy, które zaparzą kawę zamówioną nawet z drugiego końca świata, dokładnie na czas powrotu domownika. Internetowe lodówki, które wyślą nam mejla, gdy zabraknie któregoś z produktów, od razu proponując okoliczny sklep z najlepszą ofertą. Samoparkujące samochody z systemem nawigacji satelitarnej, która wskaże nam nie tylko najkrótszą drogę, ale pomoże ominąć korki. Życie dzięki stałemu połączeniu z siecią. To nie melodia przyszłości, lecz lepsza codzienność proponowana przez lajfstajlowe magazyny. To awers monety tej rewolucji. Z historii wiemy, że każda, prędzej czy później, zmusza do refleksji.

Rewers to coraz mniej obecne w liberalnym dyskursie pytanie o polityczność. Znowu optymistyczni futuryści zachwycają się plastyczną strukturą Facebooka. Ten równie dobrze może służyć reklamie popularnego napoju, jak stać się platformą polityczną. Ostatnio internauci zaangażowani w facebookową akcję Apel do parlamentarzystów wyklikali zmianę prawa.


Niektórzy widzą w tym kształtujący się model XXI-wiecznej polityki. Za niemieckim filozofem Jurgenem Habermasem mówią, że jeszcze nigdy nie byliśmy tak blisko możliwości demokracji deliberatywnej, która ma umożliwić masowe uczestnictwo. Facebook jako przyszłość dla demokracji goniącej za starożytnym ideałem.

Problem pojawił się, gdy w trakcie tunezyjskiej rewolucji anonimowa administracja portalu usuwała polityczne wpisy. Okazało się, że powodzenie całej akcji spoczywa w rękach niezidentyfikowanej władzy. Demokracja w takiej przestrzeni publicznej jest mrzonką. Głosować można jak w krajach autorytarnych. Nogami. Ale opuszczenie portalu nazywa się dzisiaj cyfrowym samobójstwem. Jest desperackim aktem samowykluczenia z kultury i polityki. Tak ukręciliśmy na siebie bicz. Warunkiem obywatelstwa jest zaakceptowanie nieobliczalnego systemu. Wiadomo na przykład, że ten czerpie zyski, sprzedając nasze dane osobowe.

Przestrzenie miejsca przestrzeni przepływów

Jednak człowieka nie można zredukować do sieci. Nawet świat wysp-domów podtrzymujących funkcje życiowe klonów z genialnej antyutopii Michela Houellebecq’a Możliwość wyspy był światem materialnym. Jak wobec tego wygląda miasto przestrzeni przepływów, a więc miasto przyszłości?

To miasto zupełnie sprywatyzowane, w którym klasę polityczną zastąpili deweloperzy. Ci podzielili pomiędzy siebie miejskie parcele, zakładając tysiące strzeżonych, poodgradzanych od siebie osiedli (wg danych specjalistycznego serwisu nieruchomości Tabelaofert.pl wśród nowych inwestycji w Warszawie 76,4% to osiedla zamknięte). Na teren takiego kompleksu nie przedrze się nieproszony gość. Musiałby sforsować siatkę, umknąć uwadze wartujących przez całą dobę strażników i minąć niezauważony kamery. Nie ma mowy o tym, aby dzieci z sąsiedniej parceli zagrały mecz na nie swoim boisku piłkarskim. Miasto przyszłości jest starannie posegregowane. Dzieci z klasy wyższej mają w dzielnicy basen, a dzieci z klasy średniej korty tenisowe, ale i tak nikt z nich nie korzysta, bo wszyscy są włączeni do sieci w swoich strzeżonych domach. Służą już tylko za wyznacznik prestiżu.

Mieszkaniec osiedla przyszłości unika wychodzenia na zewnątrz. Belgijski filozof Lieven De Cauter nazywa to kapsularyzacją życia. Jego zdaniem człowiek tylko przesiada się pomiędzy kapsułami. Kapsułą jest jego dom, w którym ma zaparkowaną kapsułę-samochód. Nią przemieszcza się do pracy. Parkuje na podziemnym parkingu i już znajduje się w kolejnej. Po pracy robi zakupy w kapsule-galeria handlowa, a jeżeli jest zmęczony, to zamawia hamburgera z okna auta.


Każda z kapsuł jest wyizolowana. Dzięki temu Kowalski przyszłości nie musi narażać się na kontakt z człowiekiem z innej klasy społecznej. A już z pewnością nie spotyka na swojej drodze żebraka, który mógłby nadwerężyć jego higienę konsumencką, bo w mieście przepływów nie ma przestrzeni publicznych. Są tylko świetnie zorganizowane ciągi komunikacyjne, które, jak w sieci, pozwalają kapsułom włączać się w kolejne enklawy (huby).

To, że miasta będą rezygnować z przestrzeni publicznych, nie oznacza wcale, że wyburzą swoje rynki i zabytki architektury. Te znajdą się tylko w obrębie jednej z parceli, do której dostęp będzie ograniczany. Ludzie nie znikną z Krakowskiego Przedmieścia, ale znajdą się na nim tylko ci, którzy kupią bilet u właściciela. Prywatyzacja tego, co obecnie nazywamy zasobem publicznym, będzie się wiązała z postępującą dominacją sieci (rynki finansowe, globalizacja) nad państwami narodowymi (demokracja). Zresztą w ostatnim czasie sporo się mówi o tym, że agencje ratingowe związały ręce politykom, a w Grecji czy we Włoszech wręcz wymieniły rządy.

Nowe miasto zacznie się od szalonego projektu Petera Thiela. Miliarder z Doliny Krzemowej ogłosił w sierpniu, że na oceanie zbuduje pływające państwo bez prawa. Żadnej opieki socjalnej ani płacy minimalnej. Tylko rynek i jego niewidzialna ręka. Thiel chce namówić polityków, żeby się nie wtrącali i oddali schedę biznesowi.

Jego propozycja to demontaż absolutny. Warto to zaznaczyć, ponieważ w przyszłości miasto sieciowe ma być nawet ważniejszym aktorem polityki od państwa. Ale przede wszystkim dlatego, że miasto, państwo i polityka mają to samo pochodzenie. Wywodzą się od greckiego państwa-miasta polis, skąd znamy demokrację. W antyku obywatel politykował na agorze, czyli w idealnej przestrzeni publicznej. W przyszłości, nawet gdyby zechciał politykować, to nie będzie miał gdzie. Nadchodzi antymiasto.


Tekst dostał się do finału konkursu
Futuronauta organizowanego przez CITTRU przy Uniwersytecie Jagiellońskim.


Dominik Łaciak

skomentuj (0)

marcowy update.


C
zynię wiosenne zobowiązanie, że nadejdzie czas, gdy ten blog będzie bardziej przypominał bloga i gdy będzie tu można przeczytać coś bardziej blogerskiego i szybszego niż dotąd. No i że będę go, jak na bloga przystało, częściej aktualizował. Tymczasem zachęcam do spojrzenia (można zagłosować) na mój tekst "Antymiasto przepływów", który dostał się do finału konkursu "Futuronauta" organizowanego przez CITTRU i Uniwersytet Jagielloński. Teraz ma charakter popularnonaukowy i mieści się w regulaminowych 8000 znaków, ale pewnie go rozwinę.
   Niebawem napiszę jeszcze coś o mieście, bo niedawno poprowadziłem debatę o przydatności miasta jako formy w trakcie Dni Socjologii na UŚ.

skomentuj (0)

Nawarecki o Bieruniu jak o utopii.


Bieruń jako utopia



- Mąż ciotki Waleski, murarz, siadał do stołu ze szwagrem światowcem. Rozmawiali jak równy z równym, a potem jeden jechał do Wiednia, a drugi zostawał w Bieruniu. To jest rodzaj utopii! Tak powinno być na świecie – mówi Aleksander Nawarecki*, autor nagradzanego „Lajermana”.


Rozmawiał Dominik Łaciak

Po wielu latach w Bieruniu, i to przy okazji promocji książki bardzo osobistej, w dużej mierze temu miastu poświęconej…


Po raz pierwszy chyba, a może po raz ostatni przy takiej okazji, miałem łzy w oczach. Ale też powrót w rodzinne strony był nieoczekiwany. I zarazem rytualny. W miejsce zapamiętane z dzieciństwa wraca się raz na dziesięć lat, w dodatku w trybie weselno-pogrzebowym. To spotkanie odbyło się pięćdziesiąt metrów od miejsca dla mnie świętego – obok domu mojego pradziadka. Restauracja, dzisiaj „Stylowa”, dawniej mówiło się „U Gomoli”, jest ważna dla historii rodziny. Zostałem zaproszony na spotkanie o książce, które odbyło się jakby w moim domu.

Kiedy był pan tutaj po raz ostatni?


Ostatnio byłem na pogrzebie Pawła Kucza, dalekiego krewnego. Spotkałem się z nim tylko raz w życiu i opisałem to w książce. Spotkanie uważam za magiczne. Dzień wcześniej, jakby przypadkiem, trafiłem do Bierunia na promocję wspaniałych „Klechd śląskich” Alojzego Lyski i wtedy też poznałem Józefa Kłyka, którego uważam za jednego z najoryginalniejszych reżyserów filmowych na świecie. Od nich dowiedziałem się sporo o moich krewnych z Bierunia i Bojszów, także o wujku Pawle. Nazajutrz rano wspomniany, starszy już pan Kucz, zapukał do katowickiego mieszkania mojej mamy, a w ręku miał książkę Lyski. Przyjechał prosto z Bierunia, jakby w ślad za mną, choć w ogóle się nie znaliśmy. Okazało się, że organizuje muzeum w Bojszowach i szuka fisharmonii mojego dziadka. Odbyłem z nim długą rozmowę. Niedługo potem zmarł, pięknie, bo na rowerze w lesie pszczyńskim. Stypa odbyła się właśnie „U Gomoli”.


Pan pięknie opowiada. Taka jest też narracja w „Lajermanie”, nostalgiczna i refleksyjna. Ale czy ten Śląsk naprawdę taki magiczny?


Musiałbym opowiedzieć o sobie. Proszę sobie wyobrazić - babcia, z którą mieszkam, która mnie wychowuje, jest Ślązaczką z Bierunia. Tam zabiera mnie na wakacje. No i ja, dziecko miejskie, mogę sobie nagle polotać po bosoku, piję mleko od krowy, gęsi pasę, wybieram jajka… macam kury. To doświadczenie fizyczne, somatyczne, prawie seksualne. W dodatku to nie jest typowa wieś, lecz bardzo stara, malutka śląska mieścina z surową pobożnością, obyczajem…

A zaraz obok fabryka. Czyli życie niby wsiowe, ciotka chodzi po chłopsku, ma wieprzka, ale jej zięć, ujek Zefek, pracuje w nowoczesnej fabryce i objawia jakiś techniczny geniusz. Ma wynalazki, patenty, pomysły, a przecież jest chłoporobotnikiem. Widać, że ci ludzie wyrastają ze starej kultury.

Innej niż miejska?


W moim domu dziadek używał filiżanek i szklanek, nie szolki, która w Bieruniu była dla mnie naturalnym atrybutem śląskości. Różnice były też socjalne. Inaczej żyje wielkomiejska inteligencja, inaczej małe miasteczko – od odpustu do odpustu, jak w średniowieczu.


Pisze pan, że z powodu choroby lokomocyjnej do Bierunia wolał pan jeździć koleją, a potem pieszo z Nowego Bierunia. Tę część miasta też pan pamięta?


Tego Nowego pół wieku temu było jakoś mało, otwarty obszar, ale pustawo, nijako… Starobieruniacy wcale nie mówili o nim z wyższością albo z niechęcią (jak o niektórych sąsiadach zza płotu), ale ja, jako dziecko, lekceważyłem ten Nowy, który tylko się tak nazywał, ale nie był prawdziwym Bieruniem. Rozumiałem, że korzenie, mowa, związek z ziemią, to wszystko siedzi w Bieruniu Starym. Nowy Bieruń mnie nie podniecał, ale ta droga, owszem. Mogę powiedzieć, że do Bierunia pielgrzymowałem.


Dzisiaj poznaje pan ten swój Bieruń Stary?


On się nie zmienia.


Ale chyba zatracił wiejskość?


Ale pozostało to coś. Nowoczesny przemysł wdzierający się na wieś i niezwykle uzdolnieni ludzie. Bierunianie zawsze robili niebywałe kariery. Wychodzili z parterowego domku albo chatki i odnosili sukcesy. Przeskakiwali klasy społeczne.

Zazwyczaj jest tak, że jak miastowy przyjeżdża na wieś, to współczuje, bo widzi, że ludzie są biedniejsi, niewykształceni. A bracia mojej babci mieli ledwie parę klas niemieckiej szkoły, na początku lat dwudziestych XX wieku zajmowali się drobnym handlem, a już w latach trzydziestych budowali najładniejsze budynki w Katowicach, standard i technologia – podobno najnowocześniejsze w świecie. Spotykali się z artystami, z Michejdą, Schayerem, Witkacym... Do Bierunia przyjeżdżali mercedesem w wersji cabrio. Wyglądali jak z Hollywood.

W książce pisze pan też o Julianie Gembalskim, wybitnym organiście, rektorze katowickiej Akademii Muzycznej, który od Paryża wolał Bieruń…


Może trochę przesadziłem, ale kiedy przed laty zgadałem się z nim przypadkiem o organach w Walenciku, to aż mu ścisnęło gardło. Kiedy wróciłem do tematu po latach, to o bieruńskich koncertach i nagraniach znów mówił z błyskiem w oczach.

   
To człowiek wielkiej sztuki. Kompozytor, kształcił się także w Paryżu i w Belgii, wirtuoz klawiatury, profesor, ale też poeta, miłośnik literatury francuskiej… Znaki prestiżu można mnożyć. A jednocześnie jest człowiekiem kultury materialnej. Cieślą, stolarzem. Sam zrobił dziesiątki obiektów do muzeum organów, którego jest kustoszem, czyli pracuje w drzewie, jak mój pradziadek - bednarz. Wykorzystuje przy tym odpadki, resztki konserwowanych instrumentów, jakieś stare rury, fujary. To piękny przykład Ślązaka, który harmonijnie łączy kulturę wysoką i pracę fizyczną.

   
Wiem, że ta materialna, robotnicza strona Śląska szczególnie pana ciekawi, bo czytałem pański artykuł o dwóch obliczach Bierunia. Z jednej strony jest ten Stary, konserwatywny i pobożny, a z drugiej ten biedny, trochę dziki, blokowy. I w tej różnicy tkwi jakiś problem - klasowy, społeczny. Myślę, że skoro pan się w tym blokowisku wychował, to pan wie, co pisze i pewnie ma rację. Ale jak myślę o moim Bieruniu, to on jest jak utopia. Widzę swoich przodków, widzę wujka milionera, który przyjeżdżał do Bierunia, ściągał szczewiki, siadał do stołu i jadł wodziankę, pił kwaśne mleko, godoł po śląsku. A jego siostra chodziła na tańce do „Gomoli” i co? W pewnym momencie zrzuciła miejski strój i wróciła do chłopskiego, bo tu chciała zostać. Z krową. To ciężkie, ale zmysłowe życie bardziej jej się podobało. Bracia lubili do niej przyjeżdżać. Wtedy mąż ciotki Waleski, murarz, siadał do stołu ze szwagrem-światowcem. Przy stole rozmawiali jak równy z równym. Potem jeden jechał do Wiednia, drugi zostawał w Bieruniu. To jest rodzaj utopii! Tak powinno być na świecie.


Z jeszcze inną ambiwalencją spotykamy się w rozdziale o górniczych hałdach pt. „Teologia resztek”. Właściwie uduchowił pan śmieci, zdaje się, że w ogóle w „Lajermanie” całą tę śląską specyfikę, ten brud i brzydotę, pan przepisał. Mimo to mieszka pan w Warszawie. Wystarczy tego Śląska?


Do stolicy trafiłem za głosem serca, tu mieszka moja ukochana, więc tu jest mój dom od lat kilkunastu. Za to ciągle pracuję w Katowicach i nigdy tej pracy nie porzuciłem, mimo świetnych propozycji. Ani przez chwilę się nie zastanawiałem. Jestem wierny Śląskowi, chociaż z powodu dojazdów dużo mnie ta miłość kosztuje.


Tylko pana zaczepiam. Pytam, bo na spotkaniu w pewnym momencie zrobiła się atmosfera tęsknoty za Śląskiem utraconym, gdzie wulgarny PRL właściwie wyplenił język ze szkół. Nie od dzisiaj istnieje też moda na wzbogacanie tej narracji o resentyment antywarszawski. No a pan w stolicy.


Warszawa jest miastem bohaterem, należałoby je podziwiać, może nawet na kolanach. Ale w czasie powstania zostało spalone, ludzie zginęli albo uciekli. Więc w mojej wyobraźni zostało puste i tragiczne. Na ruinach zbudowano atrapę starówki, jest dworzec, sejm, lotnisko, są banki, hotele, ambasady, wielkie sklepy, na obrzeżach jakieś rezydencje, w których i tak nie mieszkają właściciele. Jakby wszyscy tu tylko dojeżdżali, nawet te gwiazdy telewizyjne są skądinąd. Może Warszawa jest teraz miejscem wirtualnym?

   
Sam żyję pod lasem, daleko od centrum. Mieszka mi się bardzo dobrze, blok porządny, czysty, ale selekcja śmieci – fatalna! W tym momencie czuję się prawdziwym Ślązakiem i strasznie się wściekam, bo mam nabożny stosunek do resztek. To pewnie związane z oszczędnością, gospodarnością i dawną biedą, z dumą w tej biedzie. Choćby to tradycyjne śląskie danie świąteczne: moczka. Piszę o niej jako o potrawie królewskiej, a przecież robi się ją ze starego piernika.


No i ze stolicy wróciliśmy na Śląsk…


Bo tu jakby rdzeń, urok tradycji. Jeśli Śląsk jest regionem tradycyjnym, a nawet konserwatywnym jak ten staroświecki Stary Bieruń, to w tym tkwi jego siła. Bo to zakorzenienie, pewność siebie, silna tożsamość, ułatwiają swobodną, a nawet odważną adaptację. Widzę to na przykładzie Chorzowa, gdzie długo mieszkałem. W latach siedemdziesiątych był piekłem przemysłowym. Zniszczona ziemia, cuchnące powietrze. Grzech wobec natury. Wcześniej był… uzdrowiskiem z pijalniami wód. A jeszcze wcześniej, w średniowieczu, słynął ze szpitala. Chorzów dla chorych. A teraz ma „Teatr Rozrywki” i „Park Kultury”. Jaka ilość zmian! Żeby je wytrzymać, trzeba mieć naprawdę silne jądro, tradycję, która pozwala radzić sobie z modernizacją.

Pana książka otrzymała dwie prestiżowe nagrody. Śląskiego Wawrzyna Literackiego, przyznawanego przez czytelników Biblioteki Śląskiej i Górnośląskiego Tacyta fundowanego przez Ruch Autonomii Śląska. A przecież deklaruje się pan jako w połowie kresowianin, nie jest pan autochtonem. To jest przepis na dobrą książkę o Śląsku?


Moje dobre położenie polega na tym, że jako mieszaniec mam naturalny dystans, z którego opisuję Śląsk. To oczywiście dystans afirmatywny, bo jestem zachwycony śląskością, która mnie dziwi, zaskakuje. Wielcy nasi pisarze współcześni jak Stefan Szymutko, Henryk Waniek czy Zbigniew Kadłubek piszą o Śląsku w tonacji klęski, upadku, utraty. Ja wolę inaczej.
Dziękuję za rozmowę.


*Aleksander Nawarecki -
historyk i teoretyk literatury, profesor Uniwersytetu Śląskiego. Autor wielu książek i podręczników, w tym wydanej w ubiegłym roku książki „Lajerman”, w której wiele pisze o miejscowościach z powiatu bieruńsko-lędzińskiego, a Bieruniowi poświęca osobny rozdział. 1 marca Nawarecki przyjechał do Bierunia na spotkanie zorganizowane przez Stowarzyszenie Młodzi Aktywni oraz Bieruński Ośrodek Kultury. Rzecz poprowadził Zbigniew Zając.

skomentuj (0)